Światło lampy błyskowej bezlitośnie ujawnia także zaburzenia błędnika u plecącej kosz delikwentki... Ponieważ albowiem jest mi okropnie niewygodnie pleść na czymś (misce, pojemniku, itp.), to najbardziej musiałam pracować nad utrzymaniem przęseł w pionie, żeby mi się nie miotały po gotowym koszu jak bosman po karaweli. Oraz po długich bitwach z własnym sumieniem dojść do wniosku, że więcej przęseł jest zawsze lepsze niż za mało... bo dla mnie przęsła długo stanowiły marnotrawstwo tak skrzętnie zwijanych rureczek :)
Ten kosz jest przykładem pleciennictwa z okresu średniego, gdzie ambicje przerastały możliwości. Zrobiony jest ze zdezaktualizowanych wniosków ubezpieczeniowych, do których mam dostęp z racji zawodu. O tyle fajne to rzeczy, że chociaż papier cienki, to bardzo mocny i wychodzą z nich długie rurki. I świetnie spina się na domowej roboty zawiesinę mąki i wody, której początkowo używałam w zastępstwie kleju w sztyfcie.
Kosz stoi w łazience, stąd konieczność użycia lampy błyskowej do zdjęć. Pomalowany zwykłą farbą akrylową do ścian, odcień "Szalone lato" czy jakoś tak. Nie konserwowałam go lakierem - często gęsto koszy na własny użytek nie lakieruję i nie maluję wcale, bo przeważnie używam papieru odzyskanego z kolorowych gazet lub grubszego katalogów architektonicznych tudzież budowlanych, więc koszyki są wystarczająco sztywne same z siebie, a wilgoć z powietrza im nie szkodzi. Poniżej zdjęcie bez użycia lampy - niedostatki techniki nieco przestają w ten sposób kłuć w oczęta :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz